|
|
02.10.2006 . 17:12
|
Okropny ten dojazd będzie. Okropny. Ósemką pojadę raz i to w czwartek, kiedy przed zajęciami będę godzinę spać na fotelach, a z ostatniego wykładu trzeba się zwolnić i pobiec, choć chyba tylko po to, żeby potem i tak nie zdążyć na tai chi. A zdążyć muszę, więc zamiast się zwalniać, posiedzę godzinę dłużej po zajęciach (godzina przed i godzina po, może w takim systemie tę pracę napiszę?) i po prostu pojadę prosto. Prosto do R., a dopiero z nim na ćwiczenia, na formy bez aplikacji i głębokie oddychanie (ostatnio zakręciło mi się w głowie od skojarzeń z regresingiem, oczywiście, że zgrywałam twardzielkę i się nie przyznałam, głowa przestała boleć w sobotę).
A poza czwartkiem, dwa dni rano kwadrans na autobus (wyobrażam sobie deszcz, w którym wreszcie nie przemakają mi buty, zaspy śniegu, przez które skaczę w spódnicy i czerwonych rajtuzach - w końcu, mieszkam na wsi, tu nie tylko w okolicy młody chłopak zamordował swoją byłą dziewczynę, tu też jest po prostu pięknie, co miesiąc przez cały miesiąc pięknie), popołudniami ten sam spacer, w piątek terapia, przez kilka poniedziałków dentystka.
Wzdycham, pisząc znajomemu, że chyba skończyłam to studenckie życie, ledwo zdążyłam je zacząć, i dodając w nawiasie oby nie, a może właśnie tego chcę.
Wymieniam, czego sobie nie wyobrażam (zebrać materiały do pracy, zacząć pisać pracę, skończyć pisać pracę.. i tak aż do porodów, które już z tego wszystkiego najprędzej sobie wyobrażam), ale pamiętam, jak czymś absolutnie nie do przejścia był wstępny pisemny, a potem filozofia, potem poprawka z filozofii.. Jakoś dotrwałam. To i dalej powinno jakoś pójść.
Cza mi miga na gg i śmieszy mnie to, bo wiem, że miga prosto z Irlandii, a przecież tak samo, jak migał z domu 120 m od tego, w którym pomieszkiwałam przez parę lat.
(I przez pierwsze cztery w ogóle siebie nie zauważyliśmy, żeby za to potem!.. żeby nigdy się w sobie nie zakochać i mieć już zawsze wspólne uśmiechy do wymiany.)
Kiedy pakuję R. ciasto, choć obiecywałam tylko murzynka z zakalcem, a dodaję jeszcze makowiec i biszkopt z kremem, czuję się jak ostatnia niewdzięcznica, nie krojąc dla niego sernika.
Nie wolno mi zaprzyjaźniać się z moją nerwicą, choć przez te 23 lata zdążyłyśmy nieźle się poznać, zakumplować, niejednego kielicha razem wychylić, noc przepłakać, normalnych ludzi wkurzyć i facetów doprowadzić do szału.
Wczoraj znów chlipnęłam do telefonu. O jedno chlipnięcie za daleko, raz w miesiącu muszę, cholera, ten jeden raz chlipnąć, żeby znowu chcieć rozbijać lustra i sobie samą w brzuch grzmotnąć dodatkowo - za brak odwagi do tego rozbijania. Za zauważenie tego braku odwagi. Za zauważenie zauważenia, za za dużo myślenia, za nienormalność, za zwyczajność, za nijakość, za wariatkowość, za to, że zawsze znajdzie się powód do niekochania siebie.
Ale ostatnio tylko raz w miesiącu.
update 20:02
Skoro Cza nie miga z Irlandii, a ja, z moją karmą czarownicy i czasem przerażająco sprawdzalnymi "przeczuciami" tam go właśnie "umieściłam", to może gdyby tam jednak był, nie musiałby być pół-pankiem i miałby pracę bez problemu?..
Dywagacje. Dywagacje czarownicy.
|
09.10.2006 . 03:05
|
Największy dziewczęcy koszmar ze szkolnych dyskotek? Zostaję jedyną nietańczącą, w obecności kilku samotnych chłopaków.
Wczoraj znów, dawno zapomniany.
Pół roku terapii w dupie, szczerze mówiąc, skoro wystarczyło to głupie polecenie dobierzcie się w pary damsko - męskie, zauważenie, że stoją jak sieroty, że patrzą nad moją głową (ostatecznie, tak, przełamałam się, złapałam jednego po prostu za rękę, ale potem i tak), wystarczyło, żeby był najgłupszy w świecie, z najgłupszego w świecie powodu, płacz.
No, tak, płacz
Moja nerwica i ja.
Jestem nerwicą Agi. Aga zawdzięcza mi patrzenie w lustro z obrzydzeniem, przypadkowe kontakty seksualne, brak zdecydowania w planowaniu własnego życia oraz wiele innych cudownych, wyróżniających ją zdecydowanie na tle wszystkich jej znajomych, cech. Aga zawdzięcza mi bycie oryginalną.
Moja nerwica i ja, najbliższa znajomość, chora wdzięczność za nienormalność.
Myjąc zęby, wpatruję się w dno umywalki, oglądam kran, czytam w kółko nazwę pasty. Kiedy decyduję się podnieść wzrok - o rany, trudno im się dziwić, co za przekleństwo. A jednak ma człowiek coś przekornego w sobie; nie usiadłby potem, sierota, obok, gdybym była aż tak obrzydliwa, wstrętna, odpychająca. Przecież.
Pół roku jednak nadal pozostaje w mojej dupie szanownej, kilka razy pochwalonej, więc świadomej już tego, że zgrabna. Popieprzone uzależnienie od facetów, bardzo chciałabym znać źródło takiej a nie innej Agi, tej małej prostytutki we mnie.
Zostałam sama, naprawdę. To ja go złapałam za rękę, a drugi raczył zawyć szczeniacko.
Kabareciarze. Telewizyjne gęby. Dorośli faceci.
(Jest przystojny. Ciąg dalszy koszmaru: zostaję ja i jakiś przystojniak, który mnie w ogóle nie widzi.)
I buziaki na pożegnanie, aż się śmieję, bo ich zupełnie nie rozumiem. Przytulanie, pytania, kiedy znów, podziękowania, dobranoc.
Miło jest być niespodziewanie tak mocno przez kogoś przytulonym (brak bliskości ze strony ojca? zbyt wczesne wysadzanie na nocnik? wielki plaster na oku, po zabiegu, w zerówce? franciszkanin? inni w klasie do czegoś dojdą?).
Ale nie przytulajcie mnie, nie całujcie. Czasem niech mnie któryś poprosi do tańca.
Zauważy tę małą prostytutkę, złapie za rękę z uśmiechem. I nie będzie chciał nic więcej, nie zauważy, że tak łatwo, tak szybko się odwdzięcza.
|
17.10.2006 . 00:27
|
Widzę w lustrze nową grzywkę, włosy niedawno przysłaniające piersi, stały się śmiesznym małym kucykiem. Uśmiecham się do tej młodszej, promiennej Agi.
I nawet kilka brzuszków wreszcie.
A potem znajduję zdjęcia moich skrzydeł. Studenci założyli je na imprezę i dali się w nich sfotografować, roześmiani, zamgleni, w tłumie. Moje skrzydła. Mój niezrealizowany projekt, moje wieczory z plastykami i formowanie z drutu, i owijanie folią. Obcy studenci. Z akademików, stancji, mieszkań, niedojeżdżający, imprezujący. W obcych dla siebie skrzydłach. W każdej parze kawałek Agi, noszą mnie na plecach, niczego nie świadomi (może i tego, gdzie się znajdują), noszą mój scenariusz, moją bezsilność, kiedy niewypaliło. Tata z bratem łazili po drzewach, żeby nazbierać dla mnie jemioły, R. przyjeżdżał do Cieszyna na próby, zamiast piw kupowałam ten drut i tę folię. Żeby w tym miejscu, gdzie mieliśmy śpiewać, zobaczyć, jak wyglądają, ale na bezimiennych plecach, jak wyrastają z cudzych łopatek.
(A teraz czytam, że na wysokim stołku znów ta sama czerwona gęba i myślę, jak nieważne jest to zdarcie ze mnie naskórka. )
Mimo wszystko, nie powinno się ludziom kraść skrzydeł.
There was a boy
A very strange
Enchanted boy
They say he wandered
Very far, very far
Over land and sea
A little shy and sad of eye
But very wise was he
And then one day
One magic day
He passed my way
And while we spoke
Of many things
Fools and kings
This he said to me
"The greatest thing
You'll ever learn
Is just to love and
Be loved in return"
No tak. Jasne, że tak. Kucyk sterczy w górę zadziornie.
|
18.10.2006 . 21:28
|
Dominic Strinati
Wprowadzenie do kultury popularnej,
rozdział trzeci, fragment:
Model ukrytej, nieobserwowalnej, generatywnej, relacyjnej i nieuświadomionej, a pomimo to realnej struktury definiuje Lévi-Strauss jako logiczną siatkę opozycji binarnych będącą kombinacją racjonalnych sposobów klasyfikacji. Składa się ona z dającej się określić liczby powiązanych elementów lub opozycji, które można zestawić lub klasyfikować tak, iż tworzą skończoną liczbę układów.
Przedmiot się nazywa "media w edukacji", pani magister broniła się rok temu na naszej uczelni. Czy przez 30 stron o.. tym czymś, moja wiedza się rozwinęła? Czy, mówiąc wprost, odparowało mi niezły kawał mózgu?
|
26.10.2006 . 01:05
|
Siedziałam do teraz tylko z powodu referatu, ale: lubię słuchać Kydryńskiego w tych godzinach. Nawet Sting smakuje lepiej. Jeszcze lepiej..
|
|
|
|