Zabrał mnie w góry. Zabrał już po ciemku, żeby świętować nasze półrocze, żeby pocieszyć, że obiad nie był taki zły (bo jemu smakował, to niby najważniejsze, ale mi w ogóle), żeby huśtać się razem i o dzieciństwie opowiadać, żeby potem sauna, ciepło, dobrze, żeby obudzić się i stwierdzić, że odrapane ściany to nic, bo za oknem słońce i jesień (ta nasza jesień!), i wszystkiego najlepszego z okazji pół roku i jednego dnia bycia razem.
Zabrał, żebyśmy chyba jeszcze bardziej się w sobie zakochali, choć to przecież niemożliwe, bo przecież już jest tak, że można tylko uśmiechać się, do siebie samej uśmiechać, przed lustrem jakoś tak dłużej stojąc i wcale nie siebie tam widząc, bo wszędzie ta jedna, kochana twarz, te oczy niebieskie, zawsze roześmiane, te tysiąc pomysłów pod gładkim czołem i ciągłe żarty w ustach nie zamykających się, i ręce nerwowe, i nogi szybkie, i wszystko, i cały, i mój, a ja jego, tacy właśnie, jak mieliśmy dla siebie być; tak po prostu, po pół roku, potem będzie rok, potem 10 lat i wszystkiego najlepszego z okazji całego życia razem.
Bo skoro oboje w to wierzymy, to przecież tak po prostu będzie. Tak, jak już jest.
|