|
|
06.02.2004 . 00:50
|
"Jeżeli rzeczywiście gotowi jesteście posłuchać tej historii, to pewnie najpierw chcielibyście się dowiedzieć, gdzie się urodziłem, jak spędziłem zasmarkane dzieciństwo, czym się zajmowali moi rodzice, co porabiali, zanim przyszedłem na świat, no i wszystkie tym podobne bzdury w guście >Dawida Copperfielda<, ale ja wcale nie mam ochoty wdawać się w takie gadki, od razu wolę was szczerze uprzedzić. Po pierwsze, nudzą mnie te kawałki, a po drugie moich staruszków krew by chyba zalała tam i z powrotem, gdybym coś napisał o ich sprawach osobistych. Okropnie są drażliwi na tym punkcie, zwłaszcza ojciec. Bardzo mili, złego słowa o nich nie powiem, ale drażliwi jak diabli. Zresztą nie zamierzam pisać całej historii swojego życia, nic w tym rodzaju."
Salinger "Buszujący w zbożu"
Zanim przyszłam na świat, mój Tata wdrapywał się na słup i filmował okolicę, a moja Mama wychylała się z okna swojego pokoju i krzyczała "Marek! Marek! Złaź natychmiast!". Oczywiście, nie złaził, a teraz oglądamy te filmy i śmiejemy się z małej Mamy gdzieś tam daleko w oknie machającej rękami.
Oprócz tego, zanim przyszłam na świat, tata brał niebieski plecak, Mamę, siadali na wueskę i jeździli w Bieszczady albo Beskidy. Mieli flanelowe koszule i dzwony, i byli piękni. Potem Mama zrobiła się jeszcze piękniejsza, ale chyba zrobiło im się ciasno na tej wuesce, bo Tata postanowił poczekać, aż się urodzę.
A potem się wszystko zmieniło.
|
06.02.2004 . 12:18
|
O 11.24 zupełnie nie wiadomo, co pisać. Bo że spacer z Mamą i kawa z Mamą są całkiem przyjemne, zwłaszcza, kiedy rzadko i kiedy Mama zaczyna dużo mówić o tym, co czuje i myśli, to wiadomo.
Ale to i tak trochę mało.
O 11.51 można już dopisać, że korniszony są pycha. Uwielbiam.
A o 12.17, że się zdało ostatni egzamin i ma się ferie. Koniec sesji. Naprawdę koniec tej chrzanionej sesji. Koniec.
|
07.02.2004 . 02:52
|
Ta z ciemnymi włosami: "Nie traci się wprawy z dnia na dzień."
A Leo: "Cały świat może się zmienić z dnia na dzień."
Jakie to banalne. To wszystko zawsze musi być tak cholernie banalne. I sprowadzać się do tego, że coś się stanie w żołądku. Bo przecież nie w sercu. Jeszcze ewentualnie w głowie. Serca do tego nie chcę mieszać, bo kiedy coś się dzieje w sercu, to boli.
Chociaż, to też boli. Zawsze boli. I dlatego się tego tak chce.
Z nikim o tym nie rozmawiam. Pełno ich jest, tych wszystkich, tych Benych, Arthurów, Czarodziejów, Plastów i innych. I z nikim.
Tylko z Cza.
No, tak; to wcale nie jest "tylko" i on chyba nigdy nie będzie dla mnie "tylko", a przynajmniej nie chcę, żeby był.
No, więc to się dzieje na pewno gdzieś w żołądku. Potem to jeszcze niżej, ale najpierw w żołądku. Na pewno.
I pół biedy, kiedy jemu też się dzieje. Gorzej, kiedy nie.
Oczywiście, przeważnie nie.
Cza się dzieje, ale rozmawiamy o tym akurat, kiedy on myśli, że nie. Śmieję się - i co, będziesz teraz taki twardy, zimny i okrutny, tak? taki nieczuły?
A on też się śmieje, bo sam wie, że nie umie taki dla niej być.
I dobrze.
Kiedy mi się ostatnio działo, to myślałam, że jemu też. Ale uciekł. Mówią mi, że wcale nie i ja to już dawno zamknęłam, ale nie potrafię myśleć inaczej. Tylko tak - że uciekł.
"Masz przed sobą kobietę stworzoną do niepokoju."
To jest naprawdę banalne.
|
07.02.2004 . 12:58
|
Właściwie, to szlag mnie trafia i to tak zupełnie bez powodu. Albo powodem jest to, że sobota, bo nie wiem. W sumie, to trochę głupio nie mieć powodu.
Teraz, jak wyszło słońce, to już jakby jest lepiej. Ale już chyba wiem, skąd się to bierze.
To po prostu to, że ja w domu jestem. I że muszę być. Bo na tej chrzanionej wsi mam sto tysięcy możliwości znalezienia sobie zajęć poza domem czyli albo idę do Plasta i pijemy kawę, wymyślając dalsze szczegóły działalności powołanej przez nas do istnienia (czyli czysto wyimaginowanej) Tajnej Konfederacji Mam, albo idę do Jednej Wiecznie Ryjącej Studentki, która obgaduje Drugą Wiecznie Ryjącą Studentkę w dodatku mającą przezajebistego faceta, bo z sąsiedniej wsi i jeszcze on ma warsztat samochodowy, albo mogę porobić Mamie w ogródku, czego nigdy nie praktykuję, bo nie umiem, albo mogę... no, nic więcej poza domem nie mogę zrobić.
Moja Siostra wychodzi z odkurzaczem z pokoju i mówi do niego "no chodź, chodź..."
Szlag mnie trafia. Naprawdę. Cholernie trafia mnie szlag. Nie pytajcie, jak to jest, kiedy szlag trafia cholernie, bo nie potrafię sprecyzować, ale nic fajnego.
Idę sobie "Kikę" obejrzeć.
Z wczorajszego filmu dowiedziałam się, że jestem jak krowa bez dzwonka. Czyli, że zagubiona, skołowana, wytrącona z rytmu.
Ciekawe, czego się dowiem dzisiaj.
Si ja lejda.
|
07.02.2004 . 23:57
|
Przysypianie.
Przysypiaaa....nie......
Przy........sy........piaaaa.....
....aaa.....
...aaaaa cholera, tak wcześnie.....?
|
09.02.2004 . 00:47
|
Jezu, jakie ja mam czasem ładne oczy. A już mi się wydawało, że dzisiaj się sobie nie podobam.
Muszę z przykrością stwierdzić, że wiem to już na pewno - jedyna prawdziwa miłosć mojego życia umarła, zanim ja się w ogóle urodziłam.
W moim domu będą WSZYSTKIE utwory Hłaski.
A za 11 i pół minuty będę mieć seta od Dziq'a. Dziq to mój DJ - idol. I jeszcze Alex Harmony. I Flexible. I chyba Colb. I nie wiem, po co to piszę.
|
09.02.2004 . 14:57
|
Wielmożna Pani. Że niby ja.
Zdaje się, że jestem zauroczona pewnym neurochirurgiem. Bez sensu. Dorośnij wreszcie, Ingo, Agni, Louve, mały dzieciaku, niezdecydowany w kwestii bycia kimś. Bycia jakąś. Bycia.
|
10.02.2004 . 18:11
|
Kłótnie z moim ojcem prawdopodobnie biorą się stąd, że nie umiem przyjmować krytyki. On mówi mi na przykład tylko, wiedząc, że troszkę choruję: "Te, okaz zdrowia, może byś się dzisiaj cieplej ubrała?", na co ja idę do pokoju obok i krzyczę do siostry, stojącej metr ode mnie "BIORĘ TWOJĄ KURTKĘ, ŻEBY SIĘ OJCIEC ZNOWU NIE RZUCAŁ", ojciec dopiero zaczyna kazanie, ja krzyczę "NO, BO JAK NIE BĘDĘ MIEĆ CZAPKI, TO UMRĘ NA RAKA MÓZGU", Tata gada dalej, ja dodaję "NIE SŁYSZĘ CIĘ I CHYBA SIĘ Z TEGO CIESZĘ", wychodzę z domu i tylko Mama odpowiada na moje "Z Bogiem".
Inna sprawa, że ze wszystkiego można zrobić Ogromną Aferę. Cała moja rodzina jest w tym świetna. Ja też.
|
10.02.2004 . 23:13
|
Ciągle nie wiem, czy to mogło mieć jakikolwiek związek i tak naprawdę, nie mogę przestać o tym myśleć.
S. powiedział wtedy, że nie ma szans, ale skąd on może to wiedzieć na pewno?..
Najgorsze, że z nikim nie mogę o tym pogadać. Nie potrafię sobie w ogóle wyobrazić, co mogłoby wtedy nastąpić. No, ale na pewno nic przyjemnego.
Pozostaje mi łapać się za głowę na myśl o własnej głupocie. O byciu podatną na wpływy. O szukaniu jakiejś śmiesznej adrenalinki. O tamtym.
Śmieszne... naprawdę, komiczne. Teraz będę się tym gryźć, jak znam siebie, dosyć długo.
Z serii "Dziwnych Wizji" - z kim chciałabym się spotkać, gdybym miała wkrótce umrzeć.
Ponad 200 osób. Ważnych Osób. Takich, o których przynajmniej przez jakiś czas myślałam ciepło, które może krótko - ale miały swój kąt gdzieś tam w moim serduchu.
A ja jeszcze czasem schizowałam, że taka samotna jestem.
Ponad 200 osób.
Ale jak to pisał mój ukochany?..
"... obojętni ludzie mają w naszych sercach miejsce - przyjmujemy ich i odrzucamy; kochani przez nas - bliznę."
Zagoi się. Ponad 200 blizn to nie koniec świata.
Blizny po ludziach - to brzmi lepiej, niż blizny po kamieniach. Ale o tych drugich można opowiedzieć - i zatęsknić.
No, to się rozpisałam. Czego to człowiek nie wymyśli pod prysznicem...
|
11.02.2004 . 11:11
|
Moja Mama czasem słodzi Ojcu. Dzisiaj powiedziała "Jeździsz, jakby nie było śniegu." A Tata (o naszym samochodzie) "Bo ja mu nie powiedziałem, że jest śnieg i on o nim nie wie."
Dziesiąty wpis.
Happy birthday to youuuuuu........
|
12.02.2004 . 00:56
|
Gdybym miała dużo pieniędzy, to kupiłabym moim Rodzicom i Rodzeństwu porządne kurtki i buty.
Gdybym miała dużo pieniędzy, kupiłabym Rodzeństwu po dobrym komputerze.
Gdybym miała dużo pieniędzy, zapłaciłabym wszystkie długi Czapli i pomogła mu znaleźć mieszkanie, w którym było by miejsce także dla Benego i dla BeE.
Gdybym miała dużo pieniędzy, przygotowałabym mieszkanie dla Rafała, Marioli i Wiktorii.
Gdybym miała dużo pieniędzy, zafundowałabym Adrianowi podróż na Szetlandy.
Gdybym miała dużo pieniędzy, kupiłabym Babci dobry rower.
Gdybym miała dużo pieniędzy, kupiłabym mnóstwo ubrań Marcie B. i całej jej rodzinie.
Gdybym miała dużo pieniędzy, posłałabym mamę Izy H. na jakieś porządne leczenie. I mamę Czapli też.
Gdybym miała dużo pieniędzy, zadzwoniłabym do Krzyśka.
Gdybym miała dużo pieniędzy i gdyby mi jeszcze jakieś zostały, zmieniłabym sobie ogrzewanie w moim pokoju, żeby wreszcie przestać marznąć.
I pewnie już na nic więcej nie było by mnie stać. Ale gdyby - kupiłabym sobie mieszkanie. I discmana.
To cholerne "gdybym"...
|
12.02.2004 . 10:01
|
Heeej. Matki siostry i psa. Ojca z zaświatów i lwa. I czarnej wołgi wołgi wołgi wołgi wołgi wołgi wołgi.
A dzisiaj idę po ostatni wpis. Oczywiście, że Pan J. Z Nogawkami W Butach nie mógł nas wpisami obdarować trzy dni temu. Niech sobie lepiej myślą, że sieroty, nie umieli wcześniej pozdawać wszystkiego.
Ee, tam.
Przynajmniej poplotkuję z Magdziskiem. Antyfanatyczką. Zakolcowaną. Piękną.
Nie, nie napiszę tego. Nigdy nigdy nic takiego tu nie napiszę. Nie nie i jeszcze raz nie. Nie napiszę, że chciałabym... mhmmhm... e-e. Że tak frywolnie zacytuję.
|
13.02.2004 . 19:54
|
Nie napiszę.
O wstrętnych babach z dziekanatu też.
Chociaż zastanawiam się, czy ktoś jeszcze ma wrażenie, że to są Specjalne Istoty, powołane do życia tylko po to, żeby niszczyć psychikę i wolę walki u studentów.
Ale: będę walczyć. Bo to już, do jasnej cholery, moje trzecie podejście z podaniem o stypendium socjalne i, do jasnej cholery, znowu coś tam jest nie tak. O czym, rzecz jasna, dowiaduję się, kiedy właściwie upływa już termin składania tych chrzanionych podań.
A ja przecież muszę sobie wreszcie kupić rower. I to naprawdę nie jest fajne, nie mieć z czego odkładać.
|
16.02.2004 . 13:29
|
Uwielbiam grać w remika z moim bratem i chyba szybko uzależniam się od tego typu rozrywek. Jak to Czapla kiedyś stwerdził, kości albo karty pomagają mi powiedzieć to, czego powiedzenie stanowi dla mnie problem. Albo na tyle się rozgadać w innych sprawach, żeby przemilczenie czegoś pozostało niezauważone.
Tyle, że Cza to akurat wtedy chyba myślał, że ja mam do niego jakąś pretensję, jak to się ładnie mówi.
Chałupa w górach jest super i szlag mnie trafia, kiedy pomyślę, że z powodu wspomnianych PAŃ z dziekanatu, musiałam ją opuścić kilka dni wcześniej. Oczywiście, jest też kwestia zajęć, no, ale te by się jakoś "obeszło".
A do Czapli nic nie miałam, żeby było jasne.
Post Scriptum
Chcę rower i koniec.
|
19.02.2004 . 17:57
|
Mam dziurawe wspomnienia.
A humor wyostrza się w zależności wprost proporcjonalnej do ilości spożytego alkoholu.
Oto notka pisana przez jakieś... dwie godziny.
Zaraz przyjdzie Plast i mam nadzieję na jakieś pączki. I na standardowe trzymanie się za brzuchy. Ze śmiechu.
Plast jest fajny.:))
|
20.02.2004 . 02:07
|
Nawet podgrzewając ziemniaki z obiadu można zrobić to tak, żeby śmierdziało w całym domu.
Dobrze, że wszyscy śpią. Mam nadzieję, że ten smród ich nie zabije.
JEZU, MARGARYNA!!
...
...przypalona...
...
To może być ostatni posiłek w moim życiu. Przynajmniej wygląda to tak, jakby bardzo chciało być moim ostatnim posiłkiem.
Jeśli mój mąż nie będzie gotować tak jak Rafał, który ostatnio zrobił 26 kotletów mielonych, to któregoś dnia po prostu pozabijam moją rodzinę.
|
20.02.2004 . 11:42
|
Godzina 11:40 jest równie dobra jak każda inna na zrobienie sobie śniadania.
|
20.02.2004 . 23:17
|
Porwanie. Czterdzieści minut na zrobienie siebie. Paznokcie nie skończone, na palcu wskazującym lakier zdarty trochę, na serdecznym - trochę bardziej. Jedno piwo, trochę wspomnień. Że niby się nie zmieniłam. A za chwilę - że właśnie tak. Tomek, jak zwykle, tak naprawdę nic nie mówi, choć słowa może i płyną. Marcin mówi wiele, ale to też... kto go tam wie...
Spontanicznie. Bardzo. I dobrze. Tylko ten lakier, ale przecież nie muszę zawsze być dopracowana.
Tak, jakbym zwykle była.
Zresztą, tu mogę poudawać. Ale nie będę. No, więc - dobrze, że byli. Po prostu.
|
21.02.2004 . 12:04
|
Absolutnie poprzestawiana. Spać chodzę przed czwartą, wstaję przed 11, śniadanie w okolicach południa. Komp już wtedy chodzi, siostra umiera po wczorajszym, zaczęły im się tutaj osiemnastki. Rodziców na razie nie ma, ale czeka już es od brata - kiedy wróci, komp jest jego. Natychmiast.
Do czwartej da się właściwie nic nie robić. Po obiedzie już trzeba się położyć.
O pierwszej większość zaczyna się żegnać, idą spać, ludzie to nie mają wyobraźni czasem.
Niektórzy wracają; koło drugiej, przed trzecią. Nie mogą zasnąć. Marcin opowiada o stanach wyższych umysłu, dowiaduję się, że alfa jest na granicy świadomości i snu.
Babcia wyrzuca psa z pokoju, przypominam sobie, że siostra przygotowała mi kąpiel, kiedy wchodzę do wanny, woda jest tak lodowata, że co kilka słów w Irvingu pojawia mi się "zimno":
"Garp zaczerpnął tchu i spojrzał w potrójne lustro. Uznał, że jego włosy 'zimno' są piękne! Były to te same stare włosy 'zimno', tego samego koloru 'zimno', a nawet tej samej długości 'zimno', ale po raz pierwszy w życiu 'zimno' zdawały się pasować 'zimno' do jego głowy 'zimno'."
Właściwie, nie bardzo pamiętam nawet moment przytulenia ucha do poduszki.
Dzisiaj babcia przyniosła od drugiej babci pączki.
|
21.02.2004 . 23:05
|
Jedyne dżiny, jakie mi się naprawdę podobają, widuję w reklamach albo teledyskach. Względnie, ostatnio świetne gacie widziałam na tyłku znajomego z uczelni.
Ergo: ładne dżiny są dla mnie absolutnie nieosiągalne.
Chyba, że ten tyłek...
Zastanówmy się...
|
22.02.2004 . 16:12
|
Pomarańczowa waga, z uporem godnym lepszej sprawy, pokazuje półtorej kilograma więcej, niż wczoraj. Przy piątej próbie zaczynam się zastanawiać, ile mogą ważyć te sztruksy. A może ta bluza.
Potem, to już zostają tylko wsuwki. A waga bez zmian.
Nad szóstym tostem robi mi się trochę głupio.
Wola bez-silna.
|
27.02.2004 . 01:46
|
Od godziny próbuję coś napisać. I nie wiem, naprawdę nie wiem, co zrobić, żeby mijającego tygodnia nie spłaszczyć, nie rozebrać, nie zepsuć banałem, nie pokolorować, jak Saudek.
Żadnych porywających spotkań, jeden może trochę porywający film, chociaż, on po prostu coś pokazał. Brak czasu. Brak książki. Uczucie, jakby wszystkie sznurki wypadły z rąk. Zrywanie, plątanie przy próbie bycia znowu. Fryzjer.
Jeśli pani odrośnie grzywka, proszę przyjść znowu, podetniemy. Ile to będzie kosztować? Nic. Proszę przyjść. To przyjdę. Może być? Aha, ładnie. Zajebiście, prawda? Zajebiście.
Wszystko staje w miejscu. Na chwilę. Smutek środkowo środowy, zmęczenie zwyczajnie czwartkowe. Wszystko staje w miejscu i na miejscu, ale to nie, że jak w polskim filmie, że nic się nie dzieje, facet patrzy w lewo, patrzy w prawo, nie tak, bo dzieje się ciągle, tylko.
Tylko: czegoś w tym wszystkim brakuje. Nie wiem, za cholerę, czego.
|
27.02.2004 . 16:51
|
Osiem placków ziemniaczanych i półtorej kubka zsiadłego mleka. Zaraz pęknę. Woda dzisiaj wystąpi z brzegów na tym basenie.
|
28.02.2004 . 01:06
|
Zagapiłam się. Na zeszyt z literaturą do wiedzy o muzyce, na zaproszenie rodziców na ostatki, na stare zdjęcia Piotrka, na kasetę, nie wiem, co na niej jest, hmm, chyba w ogóle jej nigdy wcześniej nie widziałam, na ładowarkę i na telefon, na słuchawki, na krem do stóp, na wielki arkusz niebieskiego kartonu, na bordowe pióro...
... moja siostra ma już beze mnie i tak dość bałaganu, ten telefon z ładowarką i zeszyt mogłabym właściwie przełożyć gdzieś indziej...
... mam przecież w tym domu własny kawałek podłogi. I co z tego, że metr na metr. Ale jest.
Nie, ja nie narzekam. Nie mam czasu. Mówiłam to już wczoraj. Nie mam czasu.
UMIEJĘTNOŚĆ ZACHOWANIA DYSTANSU JEST POŁOWĄ SUKCESU.
|
29.02.2004 . 09:09
|
Winyle są zajebiste. Tylko dlaczego to jest takie trudne??
Oj, nie da się zrobić ze mnie DJki po jednej lekcji!
Ale: zdaje się, że poderwałam "nauczyciela", więc wszystko przede mną.:]
A może nie... może wcale nie...
... milcz, pesymistyczne alter ego.
Post Scriptum.
Umiejętność zachowania dystansu jest sztuką dla mnie nieosiągalną.
|
29.02.2004 . 19:13
|
Dziękuję!
Adrian - masz u mnie piwo. Ale... w Cieszynie, ok? Bo u nas, to sam wiesz... ;)
|
|
|
|