|
|
01.07.2004 . 00:11
|
To ja się może pożegnam..
O ósmej mam egzamin, ale na szczęście dopadła mnie już gorączka przedwyjazdowa i problem niezmieszczenia się do niebieskiego plecaka plus zagadka czy ten większy zmieści się w samochodzie (razem z czterema osobami, jednym wózkiem inwalidzkim, jednym namiotem, dwoma karimatami i śpiworami, i bagażami R., i moimi) ma stanowczo większe znaczenie od tego, czy nie zdam już na pierwszej bramce, czy może dopiero na trzeciej.
Tak..
A potem ładujemy któryś z tych plecaków do samochodu i ruszamy na jedenastodniowe integrowanie się ze 'środowiskiem kabaretowym', na niedosypianie, nie-do-końca-trzeźwienie.. na bycie ze sobą..
.. dwunastego przesiadam się na łódź, wracam pod koniec lipca.
Macham Wam! Mach, mach!
(11:40)
I w czwartki zdarzają się cuda. Zdałam. Za trzy tygodnie będę powodować wypadki i przywozić rodziców z imprez. Zdałam.
JADĘ NA MAZURY!!
|
08.07.2004 . 17:11
|
I dorwaliśmy kafejkę w Mrągowie. Donoszę więc, cobyście się nie martwili, iż wszystko w jak najlepszym porządku.
Gdyby ktoś jeszcze dwa dni temu powiedział mi, że dzisiaj stwierdzę w sieni biura organizacyjnego jak przyjemnie chłodno!, pewnie popukałabym się w czoło. Deszcz budził nas KAŻDEGO ranka.. do wczoraj. A dzisiaj najzwyczajniej w świecie się spaliłam, R. śmieje się, że przynajmniej przestanę się do niego lepić i nie będzie mnie musiał dotykać albo woła indianka!.
Na łódź wskoczę jedenastego, a wcześniejsza noc jest Mazurską Nocą Kabaretową, którą odrobinę bojkotujemy, ze względu na jej biesiadny charakter i rezygnujemy z tańczenia na schodach tylko po to, żeby w telewizji się pokazać.
Chłopaki z MADE IN CHINA bardzo fajne, SZUMki śliczne i zawsze uśmiechnięte, młodzi i nieznani kabareciarze też przesympatyczni, Ryn (bo tam te warsztaty) podoba mi się ogromnie.
Dobrze mi. Pozdrawiam, posykując trochę i nocy lekko się obawiając. Paa!
|
22.07.2004 . 17:34
|
Gdyby moi biedni rodzice wiedzieli..
Wczoraj kapitan i jego żona tak mnie wkurzyli, że już nie wytrzymałam (rejs od początku wyglądał zupełnie nie tak, jak go sobie wyobrażałam), więc spakowałam się, znalazłam ludzi, jadących z tego całego Sztynortu do Giżycka, tu poimprezowałam z Czaplą, BeE i towarzystwem (m.in. dwaj Libańczycy, jeden armeński mafiozo..), dzisiaj na leciutkim kacu zsiadłam na ląd i.. i jestem sama jak palec w tym Giżycku, mój plecak stoi już w hotelu wyglądającym na zbudowany w okolicach lat 70-tych, tęsknię makabrycznie za Rafałem (który akurat dziś nie może wejść na internet) i, w gruncie rzeczy, sama się z siebie śmieję.
O.. pierwszy raz napisałam jego imię..
Tak, Rafał.
A Krzysiek, moja pierwsza Wielka Miłość, napisał mi właśnie maila z Australii. Ożenił się.
Zapomniałabym o najważniejszym!
Ten mój szurnięty kabareciarz.. no.. no, kocha mnie, powiedział mi o tym.. Jezu, dlaczego nie umiem tego jakoś ładniej napisać?..
Nawet w Giżycku, kiedy się jest samym jak palec, śpi w dziwnym hotelu i musi się bardzo oszczędzać - nawet tu można być szczęśliwym, kiedy się pamięta, że się jest kochanym. Howgh.
|
29.07.2004 . 15:56
|
Rozjazdów ciąg dalszy, tym razem pozdrawiam z kafejki w Nowej Rudzie. Ktoś się orientuje, gdzie leży Wolibórz?.. Ja też nie wiedziałam. A teraz zachwycam się przecudnymi widokami, otwieram się na zajęciach, poznaję bardzo dobrych ludzi.. śpiew NAPRAWDĘ łączy.
Przepraszam, nawet nie mam czasu poczytać, co u niektórych 'ownlogowiczów', obiecuję po powrocie nadrobić zaległości.
Jeszcze raz pozdrawiam. Dobrze jest, spokojnie jest, pięknie i bezpiecznie jest.
I sama nie wiem, czy to uśmiech Witka (prowadzący w mojej grupie), czy bliskość Rafała, czy śpiew tradycyjny, archaiczny tyle daje.
|
|
|
|