Kontakt

Księga gości


Wyślij wiadomość

Linki

Agnieszka
Eliza
przyszła przedszkolanka
wolny
istotna
Nagietka
Dominik
Kasia
Jagoda

źródło

01.07.2005 .                       00:16

Komentuj 9


Myślę o sobie, że jestem złym człowiekiem.
Jeśli nawet pojawia się myśl, że jestem dobra, natychmiast znajduję wiele argumentów za tym, że tak nie jest. I że mówienie o sobie, że jest się człowiekiem dobrym, to egoizm.

Zasługuje na zdrową, normalną miłość, a ja mogę mu dać płacz, tupanie nogą, wyrzuty, strach, ucieczki, milczenie i ciągłą niepewność.

Mówi, że ceni moją nietypowość i porypaność. Matko, przecież nie ma takiego słowa jak porypaność.

Obiecywanie sobie, że to się skończy, kiedy będziemy mieli siebie na cały czas nie jest właściwym podejściem, wiem o tym. Nie jest - po prostu dlatego, że tego na cały czas nigdy nie będzie. Oboje nie jesteśmy ludźmi, którzy całkowicie z siebie rezygnują dla pelargonii w oknie i ciepłego obiadu o właściwej porze. Właściwie, nasz związek polega na tym, że jego ciągle nie ma, a ja ciągle tęsknię. No, może nie tylko na tym, ale tego jest dużo.. i tak pozostanie. Trzeba mi tylko nie zapominać, że ja też będę siedzieć w ciemni, odwiedzać koleżanki, upijać się ze starymi kumplami.
Kurcze. Jak to jest, że w zupełnie niewłaściwych momentach pojawia się egoizm, a kiedy by się przydał, są tylko rumieńce, przygryzanie wargi, wstyd i tchórzostwo przed walką o swoje racje?


17.07.2005 .                       11:26

Komentuj 5


Nie tak miało być, zupełnie nie tak.
Płaczę z bezsilności, do cholery jasnej, znowu płaczę! (Nie, nieprawda, nie znowu, dopiero teraz pozwalam łzom płynąć. Dopiero. Nareszcie?) Poduszka mokra jak dobrych parę lat temu, strach, że rodzice usłyszą też jak ten z trudnego czasu.
Kołysałam się późną nocą w łóżku, w przód i w tył, z boleśnie przejrzystą pewnością końca. Zastanawiałam, co powiemy sobie na pożegnanie, ile przykrych wspomnień każe siebie zranić w tym ostatnim spotkaniu.
Próbowałam przywołać dobre chwile, ale z każdą wiązała się myśl: nigdy nie było tak, jak chciałabym.
Nie tak wyobrażam sobie szczęście.
Nie tak wyobrażam sobie miłość.

Nawet nie zauważyłam dziś, kiedy ksiądz zszedł z ołtarza. Kiedy ludzie zaczęli wychodzić z kościoła. Na kazaniu skupienie pozwoliło na chwilę oderwać się od pieprzonej analizy w s z y s t k i e g o, potem znowu.

Nie chcę, żeby to się skończyło. Nigdy niczego nie chciałam tak bardzo, NIGDY i NICZEGO, naprawdę, jak
wziąć z nim ślub na Stecówce
z nim wybierać farby do ścian i zasłony do okien
rodzić nasze dzieci
zasypiać i budzić się codziennie obok niego, kochać go bezmyślnie i mocno, jeść jego spagetti z rozgotowanym makaronem..

Czasem po prostu.. a zresztą.. już i tak za dużo napisałam.

Boję się. Boję się i nigdy tak się nie bałam.
Jeżeli ze wszystkim właśnie on mi pomagał, teraz może najbardziej boli to, że w tym najważniejszym on pomóc nie może.

Może nie chce..

dopisane
paradoksalnie, chodzi o to, że tylko z nim czułam szczęście od opuszków palców po koniuszki włosów i samolubnie tak się w tym uczuciu zadomowiłam, że nie chcę, że nie mogę go stracić


18.07.2005 .                       17:21

Komentuj 9


Być może powinnam była kiedyś wyrzucić tamten list z Australii. Odnalezienie go i przeczytanie fragmentu okazało się koniecznością powiedzenia samej sobie, że to ja zabiłam tamtą miłość.
Nie mam o nic do siebie żalu, byłam młodziutka i niedoświadczona, miałam prawo do niecierpliwości i tupania nogą.
Magiczne zatrzymanie jego wieku we wspomnieniach zmniejszyło różnicę lat między nami, dodało mi - jednak - nieco mądrości. Dziś pewnie wytrzymałabym.. mieszkała w Sydney i rodziła dzieci nie znające śniegu na gwiazdkę.
Dziwne..
Nie, nie ten śnieg, którego tam nie ma. Dziwne - nagle odkryć, że było się tak bardzo niesprawiedliwym, a przecież nie oskarżając tylko jego, rozkładając winę równo po połowie. A to jednak ja.. No, nie tylko.. ale w tym rozkładaniu jednak sobie najlżejsze grzeszki przypisywałam.

Właściwie, trudno mi to osądzać. Bo przecież jeśli się kogoś tak bardzo kocha, jak on to mówił, to się walczy.. Nie, nie wiem.

A jemu nawet do głowy (jak ta głowa teraz wygląda? ciekawe) nie przyjdzie, że tym jednym listem uratował być może to, co łączy mnie dziś z R. Jeśli uratował to zbyt wielkie słowo, to na pewno bardzo pomógł - w zwyczajnym sięgnięciu po komórkę, przełamaniu się, napisaniu znowu kilku słów.

Swoją drogą, komórka i SMSy zostały wymyślone przez szatana, jestem tego pewna. Jego inteligencja przewidziała łatwość manipulowania ludzkimi słabościami za pomocą tak niewielkiego urządzenia i tak prostych czynności.
Przeraża mnie to.

Jeśli w kimś się widzi bardzo wiele zalet, których odnalezienie jest równoznaczne z odnalezieniem jakiegośtam ideału mężczyzny, a przy tym zauważa coraz więcej przeszkadzających w szczęśliwej codzienności, w zdrowych układach wad - czy powinno się starać te wady wyeliminować, czy też cieszyć zaletami, na to złe przymykając oko, ze strachem, by dobrego nie stracić?
Ja zupełnie poważnie: czy ktoś mi może odpowiedzieć?

I pozytywne zakończenie.
Zarzekanie się, że nigdy więcej nie siądę za kierownicą tegi ogromnego pieroństwa nic nie dało, kiedy siostra słaba, blada, drżąca przykucnęła na posadzce łazienki. Musiałam jechać - to i jechałam.
Trauma zażegnana. Mój maleńki sukces.


30.07.2005 .                       23:36

Komentuj 3


Mało czasu ostatnio, zaległości w pracy...

Trudne chwile minęły - co wiedziałam od początku, ale jednak paniki nie dało się uniknąć. Kilka nocy przy powiększalniku, niedzielne kino z siostrą i BeE, w Cieszynie. Kino rosyjskie, dla mnie samotne.

Długie rozmowy, kiedy R. wreszcie wrócił. Wiele rzeczy z siebie wyrzuciłam. Wyczyściło się.

Ach, właśnie - jeszcze G. na gg po drodze. O czyszczeniu. Ja, Agusia, wiem, czego chcę. Żeby to było takie proste..

We wtorek gongi, znów Cieszyn. Wtorek urodzinowy, książka od R. tak bardzo wymarzona, że boję się ją tknąć, żeby nie okazała się żartem mojej wybujałej fantazji.

Środowe ognisko tak wyczekiwane, udało się idealnie. Mój Boże.. idealnie, naprawdę! Nie umiem nawet go opisać - i chyba nie chcę.
P. odkryty.

A dziś miałam jechać na Ukrainę. Jedna z nielicznych tak spontanicznych decyzji w moim życiu, zabita prozaicznością i prawem. Jedzie młodsze rodzeństwo, R. pomógł zagryźć wargi, cieszyć się tym, co w tym tygodniu sama dla siebie wymyślę.
Bo wymyślić muszę; R. znowu nie będzie, od jutra, znowu 7 dni..
A zatem jutro wieczorne kino z tym P. odkrytym, cieszyńskie, a jakże, bilety już gdzieś czekają, cieszę się i boję, bo bez R., P. dla mnie magnetyczny i noc będzie wspólna.

Ale przecież miłość.

Nie wiem, co zrobię ze sobą później.. powiększalnik, rolki.. praca..

Kupiłam dziś sobie "Czarną wiewiórkę" Agnieszki Osieckiej za 94 grosze.