Okropny ten dojazd będzie. Okropny. Ósemką pojadę raz i to w czwartek, kiedy przed zajęciami będę godzinę spać na fotelach, a z ostatniego wykładu trzeba się zwolnić i pobiec, choć chyba tylko po to, żeby potem i tak nie zdążyć na tai chi. A zdążyć muszę, więc zamiast się zwalniać, posiedzę godzinę dłużej po zajęciach (godzina przed i godzina po, może w takim systemie tę pracę napiszę?) i po prostu pojadę prosto. Prosto do R., a dopiero z nim na ćwiczenia, na formy bez aplikacji i głębokie oddychanie (ostatnio zakręciło mi się w głowie od skojarzeń z regresingiem, oczywiście, że zgrywałam twardzielkę i się nie przyznałam, głowa przestała boleć w sobotę).
A poza czwartkiem, dwa dni rano kwadrans na autobus (wyobrażam sobie deszcz, w którym wreszcie nie przemakają mi buty, zaspy śniegu, przez które skaczę w spódnicy i czerwonych rajtuzach - w końcu, mieszkam na wsi, tu nie tylko w okolicy młody chłopak zamordował swoją byłą dziewczynę, tu też jest po prostu pięknie, co miesiąc przez cały miesiąc pięknie), popołudniami ten sam spacer, w piątek terapia, przez kilka poniedziałków dentystka.
Wzdycham, pisząc znajomemu, że chyba skończyłam to
studenckie życie, ledwo zdążyłam je zacząć, i dodając w nawiasie
oby nie, a może właśnie tego chcę.
Wymieniam, czego sobie nie wyobrażam (zebrać materiały do pracy, zacząć pisać pracę, skończyć pisać pracę.. i tak aż do porodów, które już z tego wszystkiego najprędzej sobie wyobrażam), ale pamiętam, jak czymś absolutnie nie do przejścia był wstępny pisemny, a potem filozofia, potem poprawka z filozofii.. Jakoś dotrwałam. To i dalej powinno jakoś pójść.
Cza mi miga na gg i śmieszy mnie to, bo wiem, że miga prosto z Irlandii, a przecież tak samo, jak migał z domu 120 m od tego, w którym pomieszkiwałam przez parę lat.
(I przez pierwsze cztery w ogóle siebie nie zauważyliśmy, żeby za to potem!.. żeby nigdy się w sobie nie zakochać i mieć już zawsze wspólne uśmiechy do wymiany.)
Kiedy pakuję R. ciasto, choć obiecywałam tylko murzynka z zakalcem, a dodaję jeszcze makowiec i biszkopt z kremem, czuję się jak ostatnia niewdzięcznica, nie krojąc dla niego sernika.
Nie wolno mi zaprzyjaźniać się z moją nerwicą, choć przez te 23 lata zdążyłyśmy nieźle się poznać, zakumplować, niejednego kielicha razem wychylić, noc przepłakać, normalnych ludzi wkurzyć i facetów doprowadzić do szału.
Wczoraj znów chlipnęłam do telefonu. O jedno chlipnięcie za daleko, raz w miesiącu muszę, cholera, ten jeden raz chlipnąć, żeby znowu chcieć rozbijać lustra i sobie samą w brzuch grzmotnąć dodatkowo - za brak odwagi do tego rozbijania. Za zauważenie tego braku odwagi. Za zauważenie zauważenia, za za dużo myślenia, za nienormalność, za zwyczajność, za nijakość, za wariatkowość, za to, że zawsze znajdzie się powód do niekochania siebie.
Ale ostatnio tylko raz w miesiącu.
update 20:02
Skoro Cza nie miga z Irlandii, a ja, z moją karmą czarownicy i czasem przerażająco sprawdzalnymi "przeczuciami" tam go właśnie "umieściłam", to może gdyby tam jednak był, nie musiałby być pół-pankiem i miałby pracę bez problemu?..
Dywagacje. Dywagacje czarownicy.
<<<<<
07.10.2006 :: 02:26 alem sem potanczyl. kiedy tanczylas ostatnio? tak wiecej niz dwa tance.Dominik
|
04.10.2006 :: 23:15 hiperwentylacja czy regresing, obie sprawy pozytywne w odpowiednich rekach. a juz prawie zapomnialem o tym.Dominik
|
03.10.2006 :: 09:52 tak też pomyślałam, free, stąd tylko "skojarzenia" z regresingiem [nie takie "tylko", bo i tak za bardzo się przejęłam; czego się boisz, głupia..?]agaetis
|
02.10.2006 :: 23:09 Aga.. a może to była hiperwentylacja a nie otarcie o regresing? :)
|
02.10.2006 :: 19:12 Cza miga z Yorku w UK :) [a moze z Zebów, kto go tam wie:)]BeE
|